28 Lip, 2013 przez

Monocyklem po Rumuni


Rumunia-3kolaPonad rok temu, po usłyszeniu opowieści miłej Rumunki, powstał w mojej głowie plan przejechania drogi Transfogaraskiej na monocyklu. W międzyczasie do składu osobowego doszła moja dziewczyna Ania ze swoim rowerem, a do trasy najwyżej położona droga Rumunii ? Transalpina.

W końcu nadszedł koniec czerwca 2013 i samolot zabrał nas i nasze pojazdy na rumuńską ziemię. Trasa prowadziła z Sibiu, poprzez wioski na północ od Karpat, by uniknąć jazdy główną drogą, aż do Cartisoary, gdzie zaczyna się droga Transfogaraska. Wspinaczka okazała się tak męcząca i powolna, że podzieliliśmy podjazd na dwa fragmenty po 12km. Pierwszego dnia mieliśmy za sobą już trochę kilometrów oraz wizytę w zakładzie wulkanizacji w celu dokręcenia poluzowanej korby, a na dodatek zapowiadanych pięknych widoków nie było, bo droga prowadziła wciąż w lesie. Dopiero drugiego dnia wjechaliśmy powyżej granicy lasu i zapierające dech w piersiach widoki mieliśmy zarówno przed, jak i za sobą. Spowodowało to kilka dodatkowych przerw, na które żadne z nas nie narzekało. Nasza wyprawa wzbudzała sporo zainteresowania wśród innych turystów pnących się w górę drogi, szczególnie tych na motocyklach. Okazywana sympatia pomogła nam osiągnąć szczyt drogi, a ja zostałem prawdopodobnie pierwszym monocyklistą, który zdobył tą przełęcz. Patrząc z góry na dolinę przeciętą serpentyną drogi i odległe wyżyny, byłem pod wrażeniem naszego osiągnięcia, a jednocześnie czułem się malutki względem potęgi przyrody obecnej dookoła.

Dalsza trasa poprowadziła nas na południową stronę Karpat aż do miasta Ramnicu Valcea, gdzie odbiliśmy z powrotem na północ by rozpocząć ponowną przeprawę przez góry. Wpierw czekała wspinaczka doliną rzeki Lotru, z drogą, która także nie oszczędziła nam serpentyn, a gdy dotarliśmy do Transalpiny, niestety nie mieliśmy wystarczającego zapasu czasu, by zmierzyć się z jej najwyższą południową częścią. Okazało się, że, mimo, iż utrzymujemy zakładane 40km dziennie, to pesymistyczne szacunki pozwalają nam wrócić do Sibiu zaledwie dzień przed samolotem do domu. Dlatego zdecydowaliśmy się kierować od razu na północ.

Przełęcz Tartarau do najmniejszych nie należy, ale zaprawieni dotychczasowymi podjazdami pokonaliśmy ją szybko i rozpoczęliśmy szybki zjazd Transalpiną, który był całkiem przyjemny, aż do momentu, gdy postanowiliśmy odbić na mniejsze drogi, by znów uniknąć drogi głównej. Tam czekał na nas ostatni znaczący podjazd wyjazdu, który okazał się trudniejszy niż poprzedzająca go przełęcz na Transalpinie. Od tego momentu poruszaliśmy się głównie w dół i groziło nam znalezienie się w Sibiu przed czasem. Aby tego uniknąć wybraliśmy się z wizytą na solne jeziora w miejscowości Ocna Sibiului. Odrobina lenistwa i możliwość wymoczenia się w jeziorkach, były nagrodą za cały górski trud, a także za przybycie do jezior drogą, która mimo obecności na mapie, okazała się polno-leśną ścieżką.

W ten sposób zakończyliśmy dwa tygodnie włóczęgi, obcowania z naturą, wspaniałych widoków i walki z samym sobą na podjazdach. Przejechaliśmy wspólnie 550km wraz z dojazdem do lotniska w Krakowie, wróciliśmy zadowoleni i obiecujemy, że nie jest to nasz ostatni wyjazd. Aby przeczytać więcej o naszym wyjeździe oraz zobaczyć galerię zdjęć zapraszam na http://RomUni.eu.

Autor: Vookie