4 sie, 2021 przez

Cyrk z (nie)pamięci


Magia reklamy, wysokie sumy za bilety. „Kurjer cyrkowy” (31.07-01.08.1939) rozszedł się jak świeże bułeczki, A wszystkie bilety do cyrku przy Ordynackiej sprzedały się w kilka godzin. Przedsięwzięcie z góry skazane na sukces. Przedstawienia cyrkowe w czasach międzywojennych stanowiły nie tylko wysokiej klasy rozrywkę, ale też salonową gratkę dla ludzi różnych stanów; festiwal fryzur i toalet, pokątnie załatwiane interesy w foyer mieszały się z magią zachwytu nad czarem areny. Cyrk zrównywał ludzi wszystkich stanów; niezależnie od pochodzenia i posiadania – cały dostępny wachlarz emocji był i jest zawsze po równo rozdany. Program miał oszałamiać poziomem, wielkie nazwiska wabić do cyrku, a publiczność miała ogrzewać się w blasku różnorodnych talentów.

W spektaklu „Jutro idziemy do cyrku” fragmentaryczna, urywana warstwa historyczna pełni kluczową rolę i ma dwojaki charakter: fakty mieszają się z fikcją. Postacią pierwszego typu wyjętą jakby z historycznego archiwum jest osoba słynnego Szpicbródki – szulera, króla kasiarzy, bawidamka o szlachetnych manierach, który spełnia swe marzenie o pełnieniu roli mecenasa sztuki. Barwna historia Szpicbródki przeniesiona przed laty na ekrany kin i na deski teatrów, tym razem trafia na cyrkową arenę. Zespół Ale Circus Dance Company sceniczny dokument „ubiera” w pomysłową oprawę artystyczną, dzięki czemu tworzy bardzo ciekawą lekcję muzealną frywolnie przedstawiającą fragment historii polskiej sztuki cyrkowej XX wieku. Zwrócenie się ku przeszłości odkrywa nieznane karty pamięci, opowiedziana historia pozbawiona jest kokieterii, infantylizmu czy banału.

Twórcom spektaklu nie zabrakło wiary w inteligencję i wrażliwość widzów. Tytuł „Jutro idziemy do cyrku” balansuje między przeszłością, a przyszłością i prowadzi widza dwoma równoległymi ścieżkami: historyczną oraz artystyczną. Ta pierwsza wybrzmiewa mocą narracji, druga jest jej scenicznym wypełnieniem, grą wyobraźni twórców, która uprawomocnia i ubarwia część faktograficzna. Siłą opowieści jest jej gawędziarski ton, stylizowany na klimat retro. W tej roli świetny Rafał Walusz, czyli słynny Szpicbródka, szuler i król kieszonkowców, który nie tracąc klasy i manier gentlemana subtelnie sprawia, że niepostrzeżenie giną portfele, a z rąk zegarki. Dzięki niemu i ilustrującym dawne czasy wizualizacjom na ekranie jesteśmy w tej przedwojennej Warszawie. Wsłuchani w historię ulegamy urokowi króla kasiarzy, który z wrodzoną sobie klasą dokonuje rewizji naszych kieszeni i torebek. Przewrotny Szpicbródka jest absolutnym „czarnym koniem” tej produkcji. Fantastycznie odnajduje się w kilkupostaciowej roli i choć prezentowane przez niego postaci mają cechy wspólne, to jednak nieco inne zadania, pozwalające na renesans rozbudowanych ról cyrkowych opartych na słowie.

Nie wiadomo czemu historia sztuki cyrku nie zajmuje nawet marginalnego miejsca w historii powszechnej; wyrugowana została także z kanonu wiedzy o historii sztuki. Najstarsza ze sztuk nie znalazła swej pozycji w obowiązkowej wykładni historycznej, w związku z czym nadal stanowi tabu, które obrosło zbitką szkodliwych stereotypów. W tego typu produkcjach widzę światełko w tunelu, ważną rolę edukacyjną. Dobrze i adekwatnie do dzisiejszych czasów i wymagań młodego pokolenia, jest doświadczać sztuki oprawionej w interesującą formę artystyczną. Uznanie dla reżysera i zespołu za wybranie takiej drogi, dzięki której wyzwanie stoi po obydwu stronach: widz zamiast z wypiekami na twarzy śledzić numer za numerem musi otworzyć się na przyjęcie zupełnie innej formy.

Czego tu nie ma! Humor sytuacyjny, szekspirowski sposób zapożyczenia z innych produkcji inspirujących elementów. Klasyczny numer (od tricku do tricku) i rekwizyt z jego potencjałem staje się tu narzędziem, miękką modeliną w rękach twórców, którzy nakładają na niego fabularny uniform. W rezultacie powstaje zjawiskowa współczesna zbiorowa forma klaunowskiej repryzy z użyciem german wheel, której komiczny charakter nadaje dopiero mikrogest wykonany na końcu scenki.

Dzięki stosowanemu w spektaklu zabiegowi scenicznemu, widz ma szansę podejrzeć pracę cyrkowców od kulis; powtarzane do znudzenia tricki, szlifowane do perfekcji numery czy koleżeńskie wygłupy – z tego składa się życie po drugiej stronie sceny. Taka forma jednocześnie pozostawia widownię w nastroju wielkiego oczekiwania na spektakularną premierę, która ostatecznie…nie następuje.

Męskie sceny zbiorowe mają w sobie to „coś”. Jeśli miałabym wyobrazić sobie cyrk sprzed lat, zdecydowanie łatwiej byłoby mi o rekonstrukcję nastrojów i emocji niż realiów. Cała kompozycja grupowych numerów jest tak ułożona, że nadaje mocy nadchodzącej i zapowiadanej scenie z wielką gwiazdą areny. Podoba mi się pomysł na piękną, utalentowaną cyrkówkę. Anita Kalewska ma wszelkie predyspozycje, by na takie miano zasłużyć. Nie kokietuje, nie uwodzi, nie kipi seksapilem. Gra delikatnie, subtelnie, oszczędnie, jest w tym naturalna i niezwykle plastyczna. Dlatego tak finezyjnie udaje się scena partnerowania. Cyrkówka, to ciało o ponadprzeciętnych możliwościach bez granic, elastyczne, sprawne. A zbiorowe partnerowanie, to jak najpiękniejsza rozmowa bez słów, dojrzała choreografia wyrażająca najgłębsze emocje, wychodząca daleko poza ruch. A wszystko na granicy zabawy formą, w klimacie ulotnego, uroczego uwodzenia.

Spektakl „Jutro idziemy do cyrku”, to bardzo dobra produkcja. Cyrkowy warsztat zachowuje właściwe miejsce i proporcje względem wątku historycznego. Wszystkie elementy są tak doskonale wyważone, że wręcz służą sobie nawzajem. Bohaterowie show w imię własnego lepszego losu stają do walki po stronie świata sztuki.  Na tym cyrkowym tle widmo nadchodzącej wojny nabiera ostrości, ale też nadaje głębi tytułowi spektaklu i kładzie kres pewnej epoce, wyznaczając bardzo wyraźną oś czasu w historii sztuki cyrkowej.

Pozostały tylko wspomnienia. I pożółkły numer ostatniego wydania „Kurjera cyrkowego” z szumną zapowiedzią wielkiego powrotu cyrku na arenę przy Ordynackiej. Są wypełnieniem tęsknoty za dawnymi czasami, o których mówi się tylko dobrze, jak o zmarłych. A przecież każde czasy zaznaczyły się na kartach historii zarówno wielkim blaskiem, jak i cieniem. Takie produkcje zdecydowanie budują pomnik sztuce cyrkowej. Poszukując, eksperymentując, wypełniają misję odkrywania kart (nie)pamięci o historii cyrku.

„Jutro idziemy do cyrku”

Produkcja: Ale Circus Dance Company

Reżyseria: Maciej Czarski

Obsada: Antoni Borodziuk, Maciej Czarski, Mateusz Czwojdziński, Julian Waglewski, Anita Kalewska, Rafał Walusz, Grzegorz Jastrzębski

Spektakl wyprodukowany i wystawiony w ramach I Festiwalu Sztuki Cyrkowej OWACJE 2021

tekst, foto: Agnieszka „binia” Bińczycka

Więcej o agabinia

Aktorka cyrkowa, animatorka kultury. piszę o sztuce cyrkowej, bo lubię:)