18 Cze, 2018 przez

Wielowymiarowa Podróż z cyrkowym pozdrowieniem


Czasem trzeba spóźnić się na pociąg, pomylić perony, bądź zbliżyć się do pielęgnowanych niczym skarb świata wielkich marzeń. Sztuka cyrkowa, to kawał dobrej roboty, solidnego rzemiosła, które tworzy się dzień po dniu na sali treningowej, w niezliczonej ilości powtórzeń, aż do zmęczenia materiału. Cyrk ma też swoją romantyczną otoczkę, owiany legendami dawnych lat, dzisiejszych adeptów napędza marzeniami, które dobijają się do głowy silniej i silniej, w momencie, gdy lata szkolnej edukacji zbliżają się ku końcowi.
Wyjście ze szkoły, jest jak przebicie szklanej bańki, zderzenie się z wieloma zamkniętymi drzwiami, w które nie trafia ani głośne kołatanie ani merytoryczne argumenty. Słowo „cyrk” więcej z tych drzwi zamyka, niż otwiera. A to szuka, która godna jest sceny, świateł rampy i uznania publiczności. Tworzenie kilkuminutowego, spektakularnego numeru wymaga lat pracy, systematyczności, często zmagania się z bólem, kontuzjami i zwątpieniem, a każde zamknięte drzwi takie zwątpienie potęgują.
Tegoroczni absolwenci postanowili skorzystać z przetartej ścieżki przez profesjonalne produkcje Warszawskiej Sceny Variete i zapukać do Białołęckiego Ośrodka Kultury z prośbą o udzielenie sceny na pokazy dyplomowe.
Stało się! 16 czerwca scena BOK należała do sztuki cyrkowej. Absolwenci wzięli sprawy w swoje ręce i wyszli z inicjatywą organizacji dyplomów z dala od wątpliwej estetyki sali treningowej.
Fabuła związała wydarzenie z tym, co kojarzone i identyfikowane po dziś dzień, jako wielkie święto w świecie sztuki cyrkowej. Naprowadzał na to tytuł przedstawienia: „Wielka podróż do Monte Carlo”. Dla wielbicieli cyrku, ten Międzynarodowy Festiwal Cyrkowy w Monte Carlo, to rozpoznawalna marka od ponad 40 lat; jest prezentacją perełek, top-numerów z całego świata, przy ogromnej atencji i patronacie królewskiej rodziny. Gdy głowa państwa docenia sztukę, udziela patronatu i osobiście gratuluje artystom, a także oklaskuje na stojąco wybitne pokazy – sztuka cyrkowa zyskuje na wartości. Uznanie państwa, to splendor i zaszczyt, z resztą zasłużony. Od początku istnienia Festiwalu w Monte Carlo, polscy artyści cyrkowi kilkukrotnie sięgali po laury. Tegoroczny pokaz absolwentów to…podróż do Monte Carlo, w której przydarzają się im różne wesołe przygody, miewają podczas podróży bliźniacze sny, aż wreszcie…osiągają cel. Dosłownie i w przenośni.
Fabularyzowana opowieść jest też swoistą metaforą odpowiadającą na pytanie o kondycję oraz kierunek sztuki cyrkowej.
Quo vadis circum? Ubi veneris?
O ile kontekst historyczny jest dość oczywisty, tak droga ku przyszłości jest mocno rozgałęziona.
Ma ona jednak wspólny mianownik: scenę, na której mogą spotkać się wszyscy uprawiający tę sztukę w takim czy innym wymiarze, w nowocyrkowej czerni i bieli, w klasycznym zestawie tricków przeplatanych komplementami, w przejmującej historii z żonglerką artystyczną w roli głównej czy też łącząc dyscypliny, po to, by wyłuskać nowy wymiar sztuki.Każda podróż zaczyna się od marzeń. Monte Carlo ze skromnych i zabawnych pasażerów pociągu, mocą słów konferansjera rodzi sceniczne gwiazdy, które na oczach widza dosłownie przepoczwarzają się w zjawiskowe wręcz postacie, którym moc sceny dodaje energii, wydobywając z nich artystyczne piękno.

Numery godne najwyższych ocen! Ich wykonanie, pomysł, kompozycja, zgranie z muzyką – wszystko podane, jak wykwintne danie, dające przyjemność z podziwiania formy nie mniejszą niż z konsumpcji. Grzegorz Jastrzębski tańczący w kole cyra był magnetyczny i precyzyjny. Można było odnieść wrażenie, że publiczność na cały występ wstrzymała oddech, luzując napięcie oklaskami spektakularnych momentów. Doskonały przykład symbiozy z rekwizytem, który jest tak samo widowiskowy, co niebezpieczny. Kamila Dąbrowska w ulotnym pokazie na szarfach przeniosła nas w świat snu. Była wręcz jak anioł, który zrzuca na zachwyconych widzów puch swych skrzydeł, tańcząc w powietrzu. Na koniec urocza i zabawna groteska akrobatyczna na batucie olimpijskim w wykonaniu Antka Borodziuka i Norberta Miśkiewicza, która w ciekawy sposób aktorsko obudowała tricki akrobatyczne. Efektowne i różnorodne skoki, to duży atut duetu, ich dynamika i kontrola nad ciałem godna podziwu, ale także gratulacje dla chłopaków za historię dwóch pozornie kontrastowych postaci opowiedzianą ruchem. Tak trzymać

 

Nie sposób pominąć gościnnych występów wplecionych w fabułę podróży. Część z nich niewątpliwie znalazła już swoje własne „Monte Carlo”, spełniając się artystycznie. Ogromne brawa dla wszystkich, o których z pewnością jeszcze usłyszymy (Nicole Lewicka za perfekcyjny numer stójkarski, Dominika Osam i Kasia Krzesińska za zjawiskowy duet taneczno-akrobatyczny, Juggling Sucks za przepiękną żonglerkę artystyczną będącą kwintesencją numerów nowocyrkowych, Ale Circus Dance Company za ekspresyjny pokaz żonglersko-akrobatyczny z ogromnym potencjałem, Krzysio Kostera za popisowy numer na drabinie ekwilibrystycznej i podwójny balans, oraz Kuba Zahorski za mistrzowskie opanowanie jednokołowych maszyn!).
Gdziekolwiek będziecie, dokądkolwiek rzuci Was los, jakikolwiek scenariusz dalej napisze Wam życie…pamiętajcie, aby w swoich marzeniach wybrać się w podróż do Monte Carlo. To co, gotowi na przygodę? Już wiecie, że marzenia mają wielką moc. Jedno z nich właśnie spełniliście <3

Agnieszka Bińczycka

fot. Anka Dzilińska
***
Łyk historii na koniec: na Międzynarodowym Festiwalu Cyrkowym w Monte Carlo Polscy artyści odnosili sukcesy i to od samego początku, czyli od roku utworzenia wydarzenia przez Księcia Rainera III. W 1974 r. – II miejsce zdobyło Trio Dymek za hand woltyż, w 1978 r. również za hand woltyż zespół pod kier. J. Koziaka zdobył wyróżnienie Jury. W 1984 roku II miejsce zdobyli M. i J. Zalewscy za numer „persze”, a rok później Trio Zalewski zdobyło także II miejsce za hand woltyż z batutem. Kolejny sukces polskiego artysty w Monte Carlo nastąpił po 27 latach od nagrody dla Trio Zalewski: w 2017 roku Marek Jama zdobył II miejsce za tresurę koni i zwierząt egzotycznych.