18 maja, 2015 przez

Recenzja Żelki 2015 – Arrrr we satisfied?


łódka - bon rabatowy od Kuglarstwa na żelce 2015

Nasze łódki rabatowe podryfowały do licznych korsarzy i szczurów lądowych

Długo oczekiwana Żelka 2015 skończyła nam się szybciej niż tego chcielibyśmy, ale do opisania i tak jest więcej niż jestem w stanie, ale tak w skrócie było tak…

Pierwsza rzecz, której sumienie mi nie pozwoli przemilczeć, to oczekiwania. Konwent był poprzedzony (skuteczną) kampanią reklamową, która opierała się na nadużywaniu facebooka. Dosłownie na bezwstydnym spamie, który irytował mnie na długo przed wyjazdem. Gdy wreszcie dotarliśmy na miejsce, niesmak na szczęście rozszedł się dzięki beztroskiej atmosferze i ciepłym towarzystwu bliskich mi osób. W głowie pozostaje mi jednak recenzenckie pytanie, czy impreza dorównała swoim obietnicom, ale moim zdaniem nie jest to sedno sprawy. Pozostaje wrażenie, że jak na imprezę, której każdy szczegół zdaniem organizatorów wymagał wbijania do głowy młotem murarskim, Żelka była rozczarowująco… Normalna. No bo tak było i nic w tym złego. Była fajnym festiwalem, idealnie zorganizowanym według receptury „małe EJC”. Tak, jak to się w Europie robi.

Top of the Krzysiek

Top of the Krzysiek

Ha! widzę, że zacząłem od podsumowania, więc to niech będzie TLDR, a teraz przejdę do detali 😉

Tematem przewodnim festiwalu byli piraci. Od drzwi witała nas gra w statki. Każdy mógł kupić sobie wyimaginowaną kulę armatnią i zatopić kwadracik na kartce papieru. Między innymi mógł trafić jedną z naszych bonowych łódeczek, lub maczugę z autografem jednej z gwiazd festiwalu.

Na scenę otwartą się spóźniliśmy, ale podobno przebojem był uroczy układ sześcioletnich hula-hopistek. Obok stała piękna galera piracka z gazetowym poszyciem, a konferansjer Marek Żmuda w pirackiej czapie instruował nas jak poprawnie robić hak palcem wskazującym i głośno artykułować „Arrrr”.

Tej samej nocy wziąłem udział w Fight Night. Pierwszej atrakcji w polskim kuglarstwie, której się nie odmienia. Po wyczerpujących zmaganiach w usystematyzowanej, sportowej bijatyce żonglerów odpadłem, dostałem w nagrodę książeczkę „Jak żonglować – pierwsze kroki w żonglerce” i dowiedziałem się, że dostałem punkt, który zapewni mi ostatnie miejsce w międzynarodowym rankingu. Bez zaskoczenia zwyciężył nader agresywny Emil Dahl, który w długiej walce z Arturem Perskawcem zadawał serie ciosów, prowadzących do zmiażdżenia jego maczugi pod koniec starcia. Nagrodą był piękny, złoty (miedziany? Nie dam sobię ręki uciąć!) hak nieznanego mi autorstwa. Ale chciałbym autora(kę) poznać.
Przy kolacji ze znajomymi zgodnie ustaliliśmy, że lepszą nazwą byłaby „ustawka”, oraz że zawody nigdy nie zastąpią nam gladiatorów, bo to zupełnie inna rzecz, nie ta frajda i tak dalej. 😉
Ta noc trwała aż do rana.

Emil czeka na Artura

Emil czeka na Artura

W sobotę obudził mnie Bas, mówiąc, że się zaczęły warsztaty Stefana. Te słowa wybrzmiały dobitnie w mojej głowie. Stefan Sing to mój największy żonglerski idol. Gdy chodziłem do szkoły oglądałem jego filmiki po 20-30 razy dziennie i naśladowałem sposób w jaki trzyma ręce przy windmillu. Prowadził warsztaty, które dobrze znałem – swobodne zajęcia rozwijające kreatywne łączenie żonglerki i ruchu. Wcześniej na festiwalu nie miałem odwagi odezwać się do niego w związku z czym omijałem go szerokim łukiem. To był dogodny moment, żeby się przełamać. Tak sobie o tym myślałem aż znowu mnie obudził Bas ze słowami: „warsztaty Stefana się skończyły, teraz się zaczynają Emila”. Zebrałem się pośpiesznie (jak na mnie). Ze Stefanem na festiwalu już nie porozmawiałem.

Właściwie to nieczęsto się nam zdarzają płatne warsztaty. Myślę, że w Polsce nie ma przekonania, że takie zajęcia mogą wnieść coś więcej, niż solidny trening. Zamiast tego pokutuje wrażenie, że wszystkie warsztaty profesjonalistów są do siebie podobne, (co jest niestety najczęściej prawdą) i że chodzi w nich raczej o kreatywną pracę ze sprzętem i sceną (celowo piszę „sceną”, a nie „widzem”). Z doświadczenia wiem, że największą różnicą jest nastawienie uczestników. To może być albo inspirujące, albo rozkojarzające. Za warsztaty Emila Dahla musieliśmy zapłacić i moim zdaniem sam ten fakt paradoksalnie zapewnił nam świetne zajęcia. Na serio powinno być takich więcej. Spotkaliśmy się w małej grupie, wszyscy byli skupieni i poznaliśmy na nowo, krótko, za to w wielu szczegółach legendarne techniki Pozdnyakova i Gilligana. Ja się co prawda spóźniłem, ale starałem się wysłuchać każdy grosz z ust Emila, a za resztę zrobić najlepszy trik na jaki mnie stać, i wszystko to netto.

Stoisko Kuglarstwa z piratem z balonów

Bas i stoisko Kuglarstwa przyodziane w pirata Szymona

Następnie, w sobotni wieczór znowu spotkaliśmy się z Emilem, ale tym razem on był na scenie, a ja na widowni. Zawsze się dziwnie czuję w takiej konfiguracji. To jedyny moment, kiedy mam wrażenie, że go nie rozumiem. zapobiegawczo mówię, że ma trudny w odbiorze pokaz, ale nie da się ukryć, że jego już trzecia inkarnacja wydaje się nadal nieukończona.
Występ Emila zakończył galę Żelki. Zanim się to stało, mogliśmy podelektować się prostym, acz nawet gustownie przygotowanym widowiskiem – naszym kochanym Variete. Przewodni temat nadal obowiązywał. Sympatyczna czwórka korsarzy poszukiwała skarbu w obsadzie: Kamila Szymańska, Marcin Borkowski (!), Kyryl Dubowyj i Aithne Scatch Noel. W asyście prostej prezentacji na pirackim oprogramowaniu niemo zapowiadali kolejnych artystów. Była to oprawa zdecydowanie najlepszego punktu festiwalu i prawdopodobnie najlepszego zestawu numerów, jaki widziałem.

Problem był jeden – otworzyła go Improwizacja Stefana Singa. Trwała dwa razy dłużej i została nagrodzona brawami na stojąco. Bez rozgrzewki, bez niczego skromny, anonimowy Stefan podniósł na nogi ludzi, którzy jeszcze pół godziny wcześniej oddzielali czarne pranie od białego w domu. I właśnie – już w przerwie słyszałem jak ktoś mówi: „te następne pokazy już nie takie dobre”. I to mnie z jednej strony wzrusza, bo po latach kombinowania i niedocenionych numerów, Stefan został doceniony w prostym, improwizowanym pokazie bez żadnej asysty, nawet muzyki. Z drugiej strony „te następne pokazy” do przeciętnych nie należały.

Konferansjer kapitan Marek

Kapitan Marek zapytany co sądzi o sklepie Kuglarstwo.pl

No, może poza Natalią Możdżeń na podwieszanym kółku. Nie mogę nic jej zarzucić, ale tego numeru zwyczajnie nikt nie zapamięta. Pewnie już nie wiesz o kogo chodzi. W porównaniu akrobatyczna para Proskura Denys i Arina Zinchenko dał popis najbardziej imponującego akrobalansu jaki widziałem. To po prostu fenomenalny duet.
Muszę przyznać, że akrobaci w tej edycji  trzymali poziom. Nawet gdy wisieli pionowo głową w dół jak Artur Perskawiec, który przez cały numer pomagał Maszy Lesiak robić fajne rzeczy na chuście wertykalnej… Do oklepanej muzyki i z błahym aktorstwem ale wciąż, wykonali niezmiernie imponujący numer.
Oprócz tego mieliśmy jeszcze dwa męskie pokazy w nieco bardziej „kaziułalowym” stylu. Łukasz Świrk w podniosłej atmosferze łopotał na maszcie. 😉 Niezupełnie – jego pokaz żywej flagi miał w sobie odpowiednią dawkę elegancji i siły, aby móc zadeklarować widownię KUL swoją ziemią.
Drugi numer to kwartet młodych akrobatów o nieznanych mi nazwiskach, którzy po prostu zaprezentowali czym się zajmują na sali gimnastycznej. Nie znam się, ale wyglądali na całkiem uzdolnionych w dziedzinie fikania koziołków.

Pozostaje mi do opisania jeszcze jeden numer hula – Henna Matanuszka… Cóż, nie podobało mi się. Miejscami banalna, moim zdaniem nienatchniona choreografia do ostrego techno – nie moja działka.
Występ Łukasza Uczkiewicza – najpopularniejszego polskiego żonglera na świecie poszedł całkiem całkiem. Młody i nieśmiały człowiek zaliczył kilka dropów, ale to dla niego dopiero początek. Jego techniki nadal szokują żonglerów i niestety tylko na to jest nastawiony jego pokaz ale jak inni kuglarze, był poszkodowany przez kolejność pokazów.
Jednak za najlepszy występ polskiego kuglarza – to nie żart – uważam techniczną prezentację POI Darka Nowackiego. Ciekawy zestaw technik jest świadectwem jak to POI zbliżają się do żonglerki pod względem złożoności i liczb. Darek używał od jednej do trzech poiek, a nawet czterech jak zauważył mój towarzysz Bas. podobno taką długą kombinację trików odtworzył za pomocą poiki – suflera, która mówiła mu na ucho co ma robić 😉
Potem był, zdaje się, numer na duże joja kwiatu polskiej sceny diabolo – Bartek Milewski popatrzył przez chwilę na publiczność (zdecydowanie się uśmiechał), Maciek Grzegorzewski zmierzył się z węzłem gordyjskim na dwie szpulki, a Luis Hden Bailón… Ah, jak tu go nie kochać? Zachwycił mnie trikami i swoją swobodą na scenie. Zazdroszczę tego strasznie. Chłopaki wystąpili w podobnej konwencji do czwórki akrobatów, ale w bezpretensjonalnej atmosferze, co przypomniało mi jak wesoło się robi prowizoryczne pokazy w piątek wieczorem na sobotnią scenę na festiwalu.

Na koniec Konferansjer Marek ponownie pokazał, że ma na nas haka. a ja razem z publicznością krzyczałem Arrr na cześć organizatorów.

Warsztaty z Aerial, Matylda i chusta wertykalna

Matylda na chuście wertykalnej

Następnym punktem tego wieczora było fireshow, więc uznałem że to idealny moment na drzemkę.

Atrakcją niedzieli był nie tylko słoik masła orzechowego na śniadanie, ale i igrzyska kuglarskie. Z Basem dzielnie wywalczyliśmy zwycięstwo w passingu na odległość, po czym się zorientowaliśmy, że to my ufundowaliśmy nagrody w tej konkurencji. Najbardziej niesamowity był finał limbo. Czołowi polscy żonglerzy podnieśli tak wysoko poprzeczkę, że prawie dotykała podłogi. Gdyby nie użyto sznurka od diabolo, brzuch i jeszcze jeden kawałek Marcina Borkowskiego nie przeczołgałby się pod spodem. Na koniec zwycięstwo przyznano ex equo jemu, Pawłowi Witczakowi i Arturowi Perskawcowi.
Balans maczugą pozbawił nas złudzeń. Emil Dahl zdeklasował wszystkich wykonując najtrudniejsze polecenia bez mrugnięcia. Maczugę miał na brodzie, gdy prowadzący Marek kazał śpiewać. Część publiczności zbladła, bo Emihl lekkim skinieniem przerzucił maczugę z brody na czoło i swobodnie pozawodził.

Wyniki pozostałych konkurencji:

Wyścigi hula hop – Emilka Pieśkiewicz

Rzut żelką – Emil Dahl i Łukasz

Żonglerka monetami – Krzyś Czarski

Endurance na 5 piłek – Paweł Witczak

Marek mówi – Paweł Witczak

Diabolo do celu – Krzyś Czarski

Artur odbiera nagrodę od kuglarstwa za limbo

Artur odbiera nagrodę za limbo

Na koniec oczywiście wszyscy się zebraliśmy, żeby podrzucić wszystko w górę do zdjęcia, które ja zawsze robię za wcześnie lub za późno. Przed spakowaniem zobaczyłem grupkę początkujących gladiatorów. Przyłączyłem się do nich i nawet kilka razy wygrałem. To jest to 😉

Z festiwalu odjechałem zaskoczony poziomem kuglarstwa w Polsce. Nieźle nam się to rozwija. Mamy wielu ambitnych kuglarzy, którzy mierzą w scenę, coraz więcej takich, co poszukują innowacji i nawet kilkoro takich, co te cele osiągają. Najważniejsze dla mnie było zobaczyć się z tym wszystkimi ludzikami, co ich i cztery lata nie widziałem, a zwłaszcza spędzić udany weekend z Basem, który pilnował stoiska, gdy ja się obijałem.

A festiwal? Ja widziałem tylko część. Poza tym były jeszcze zloty urban highline i hula-hopistek, ale kto by to wszystko ogarnął.

Więc… Arrr we satisfied? (Ja jestem)