4 Mar, 2019 przez

Kapelusz z królika czyli recepta na dobry sen


Lubimy śnić. Lubimy też spać. W objęciach Morfeusza jesteśmy, jak dzieci, którym po przeczytanej na dobranoc bajce robi się błogo i odpływają, zanim wybrzmi ostatnie zdanie. Czasem ze snu zrywa nas jakaś nieodgadniona siła, stawia do pionu, wytrąca z letargu, w którym z biciem serca nasłuchujemy tajemniczych odgłosów, szeptających ze wszystkich kątów tak głośno, że nakrywamy kołdrą głowę.

Innym razem znów chcemy, by sen się nie kończył. Jest tak łagodny, kolorowy, że roztapiamy się w nim bez reszty. Wygląda, jak prawda, jak kafelek mozaiki naszego życia, w którym chcemy być tak bardzo, że gdy tylko dzwoni budzik, zaciskamy powieki i próbujemy na siłę „dośnić” drugą część, dopisać w myślach i projektować je w kierunku tego sennego obrazu.

Motyw snu jest doskonałym tematem przewodnim w sztuce. We śnie przeżywamy i przyjmujemy wszystko, co się tam przytrafia. Dzięki snom można opowiadać niestworzone historie, brodzić po meandrach świadomości, pozwalać sobie na dowolność interpretacji lub na czystą kontemplację obrazu. Pojemny obszar śnienia jest surrealistyczny i dający wyobraźni bezkarnie poszaleć. We śnie jesteśmy wolni – chyba, że pochwycą nas w swoje szpony czarne koszmarki:)

Warszawska Scena Varieté z pełną mocą i energią opanowała scenę Białołęckiego Ośrodka Kultury, wystawiając swą siódmą produkcję pt. „Śpisz, czy śnisz?”, tworząc świat snów pełen obrazów nie do opowiedzenia, arcyciekawy i fascynujący na tyle, że z pewnością po przedstawieniu część widzów zapragnęła kupić sobie małego, pluszowego jednorożca, albo chociaż magiczne pigułki na powrót do krainy dzieciństwa.

A co się nam śniło?

Śniło nam się to, co zapamiętaliśmy: kolorowe jednorożce, robaczysko w antygrawitacyjnym ciele, latanie w powietrzu, tańczące zabawki, koła w różnych rozmiarach, dziwne przedmioty we władaniu człowieka o wielu twarzach albo wesołe króliczki.

Gdybym umiała malować impresje, Kamila Dąbrowska byłaby moją muzą. Oniryczna, przepiękna, perfekcyjna, ulotny obraz ze snu, którego nie da się uchwycić inaczej, niż w zatrzymanej w kadrze chwili, który Ona tańcząc w powietrzu kreśli każdym swoim ruchem. Kontrapunktem był drugi numer powietrzny. Krzysztof Kostera ujął pomysłem na postać. Monstrualne, karykaturalne, charczące robaczysko, a może jakiś potworek w numerze na trapezie. To był ten najgłębszy, ukryty wymiar snu, który zaciska gardło nawet długo po przebudzeniu. Każdy ma coś, co chowa jak najdalej, pod powierzchnią. Krzysztof te podskórne brudy wydobywa i czyni z nich atut numeru. A być może także powoduje, że co poniektórzy nabierają większej odwagi, aby ze swoim „wewnętrznym robalem” stanąć twarzą w twarz, odważyć się wydobyć na wierzch to, co niewygodne, skrywane, niechlubne. Przecież najbardziej boimy się tego, co ukrywamy przed światem…

Świetny był pomysł realizacyjny na wpisanie kilku numerów w elementy dziecięcego pokoju: tańczące zabawki (wspaniały duet Agnieszki i Tomka w ciekawej etiudzie taneczno-aktorskiej czy Kim Lee w roli Kopciuszka). Przecież każdy z nas tak właśnie bawił się w dzieciństwie! Nasze zabawki „dostawały” do odegrania różne role i zupełnie oczywiste było, że pajacyk może zakochać się w laleczce:) Tańczące, brykające i hulające jednorożce – to słodziaki, którym wszystko wolno, a ich numer z hula hoopami – to ilustracja spełnienia dziecięcego snu. To dlatego nie chcemy dorosnąć, żeby móc oddychać brokatem i machać kolorowym ogonkiem. Nie bójmy się używać tego wewnętrznego dziecka, które jest w każdym z nas. Zabawki żyją, kiedy dzieci śpią. Znacie to? Oto Grześ Jastrzębski na kole cyra, jako wirująca zabawka nowej generacji – maszyna nie do zatrzymania, na wiecznej gwarancji, cud techniki i precyzji, najnowsza technologia, którą można bawić się tylko pod nadzorem rodziców i po odrobieniu lekcji.

Ogromnie cieszę się z kolejnej, bardzo udanej realizacji JugglingSucks. Szacunek dla Artysty za drogę, którą wybrał, za to, że ma tak dojrzałe, odważne, spójne pomysły na siebie i za to, że wie, w jaki sposób uczynić z żonglerki dzieło sztuki. Tomasz umie wyżonglować to, co nam wszystkim po trochu w głowie siedzi, rysuje to obrazem, jak najlepszą „rekwizytoterapię”. Dlatego go mamy i cieszymy się, że robi nam takie dobro. Kompletny, pełny, fantastyczny numer z przekazem, że da się szczęśliwie łagodnie płynąć „pod prąd” systemowi, ale trzeba znaleźć ten moment, zarzucić rzeczy, które gniotą głowę i…śmiało gnieść głowę widzom swoimi pokazami:)

Widząc na scenie dwa czarujące króliczki (Rympau Duo), wiedziałam, że przedstawienie się kończy. Gdy w „Alicji w Krainie Czarów” pojawiał się biały królik, zawsze zwiastował kres czegoś, w swoim szalonym pędzie i permanentnym niedoczasie wróżył jakąś zmianę. Ogromnie cieszę się, że w końcu ktoś postanowił wpuścić trochę powietrza w arcypoważne numery acro duo i nie bał się pokazać kunsztu w zabawnej formie. Nie ma patosu, ale jest efekt „woow”. Dzięki temu można cały czas mieć ten uwodzący kontakt z publicznością, która (bez względu na wiek i płeć) kocha króliczki bez ściemy. Z dużym dystansem, nieodpartym urokiem króliczki „kicnęły” w publiczność, gdy tylko zadzwonił budzik…

Spadanie, uciekanie i latanie….To śni się każdemu…

Czasem podczas snu doskonale wiemy, że jest to sen właśnie….

Zdarza się, że (po krótkim przebudzeniu) śni nam się dalszy ciąg snu…

Jak we śnie uciekamy, to zawsze w zwolnionym tempie…

Czasem nie śni się nic, choć to podobno niemożliwe…

Bliskie memu sercu jest twierdzenie Aborygenów, którzy wierzą w moc śnienia i to, że cały świat jest wyśniony. Oglądając tę produkcję w reż. Mariusza „SkuchaOne” Bartoszewskiego chciałoby się w to wierzyć. Kolejne spotkanie ze Sceną Varieté, to okazja do tego, aby świat wyśnić na nowo. Wymyślać jego nową wersję. Bo ta, którą obejrzeliśmy – jest pięknym snem, który nam się wyśnił na jawie i już się nie powtórzy!

Agnieszka „binia” Bińczycka

fot. Agata Mroczek