6 Sie, 2013 przez

EJC 2013 -relacja


BouduLaJongleByCelineDumasDo Tuluzy dolecieliśmy około 12 w sobotę, o 12:30 byliśmy już w okolicy rejestracji. Na jakąś godzinę ukryliśmy się w cieniu, żeby przeczekać najgorszy skwar. Niezbyt nam się to udało, bo nie było sensu czekać do wieczora aż zajdzie słońce. Przy rejestracji dostaliśmy różowo-białą opaskę, komplet biletów na spektakle (rejestrowaliśmy się wcześniej z wykupionym zestawem nr 1) i ulotkę z mapą ośrodka, mapą okolicy i z rozpiską dat poszczególnych pokazów. Już na wstępie byłem zawiedziony, bo poprzednie EJC przyzwyczaiły mnie do książeczki, z której mogę dowiedzieć się wszystkiego, co mnie interesuje. Nie wiedziałem więc, czego się mogę spodziewać po poszczególnych pokazach, co skończyło się na tym, że na niektóre nie poszedłem, bo nie chciałem tracić czasu na coś mało interesującego.

W „week pass” zawierały się bilety na Sans Dessou Dessous, Wes & Patrik, Defracto i Galę (w tej kolejności też je oglądaliśmy). Nauczony doświadczeniem bilet na Wes & Patrik oddałem znajomemu, bo nie chciałem oglądać tych samych numerów, które wcześniej zdążyłem zobaczyć na jakimś filmie kupionym od Wesa.

Teren festiwalu był całkiem spory, z tym, że jeżeli dobrze ktoś się ustawił na polu namiotowym to wszędzie miał względnie blisko. Pola namiotowe były dwa, jedno zaraz przy wejściu, a drugie na samym krańcu terenu festiwalowego. Za drugim polem namiotowym znajdowała się jeszcze część dostępna dla ludzi z zewnątrz, w której znajdował się namiot galowy. Przejście przez cały teren festiwalu zajmowało około 20 minut, więc byliśmy zadowoleni z tego, że do namiotu galowego musieliśmy pójść tylko raz lub dwa (Wes & Patrik wystawiane było też w namiocie galowym).

Główne wejście na teren festiwalu prowadziło przez pierwszą halę. Przez większość czasu mało kto tam siedział, bo wszystkim było wygodniej chodzić na salę, umiejscowioną na środku terenu, blisko French Show Tent, namiotu barowego i stoisk z jedzeniem. Tam też, na świeżym powietrzu, odbywały się warsztaty (najłatwiej było tam znaleźć cień).

To, co przeszkadzało od samego początku to brak toalet. Zamiast popularnych „toi toi’ów” poustawiane były drewniane budki, w których zamiast płynów zabijających zapachy, używało się drewnianych wiórów. Co na początku wydawało się słabym pomysłem, po jakimś czasie okazało się strzałem w dziesiątkę. Zapełnione wiadra odstawiano na bok, zasypywało wiórami i pozostawiano do czasu przyjazdu samochodu. Nikomu to nie przeszkadzało, podczas gdy w podobnych stanie tradycyjne „toiki” przeszkadzałyby wszystkim.

Kilka słów o biletowanych występach namiotowych – wszystkie były bardzo dobre. Ciężko by mi było opisać wszystkie szczegółowo, ale też nie o to chodzi. Wszystkie polecam obejrzeć przy najbliższej możliwej okazji. Niespodzianką okazał się pokaz Sacecripa – Vu. Minimalistyczne podejście do żonglerki manipulacyjnej, w której nie wykorzystywano żadnych popularnych sprzętów żonglerskich. Zamiast tego były kostki cukru, czajnik, łyżeczka i inne tego typu.

ejc piwoCiężko też mi opisać galę, bo przy tych temperaturach, o godzinie 23, w namiocie, było nie do wytrzymania. Na części wystepów przysypiałem. Zdecydowanie lepiej wspominam galę z Monachium w budynku cyrkowym, gdzie pomieszczenie było klimatyzowane. Z gali w Tuluzie pozostały mi ledwie strzępki wspomnień – występował Wes Peden sam i w grupie z Tonym Pezzo i Patrikiem Elmnertem – co trochę mnie zmęczyło, bo to już któryś raz jak widziałem ich na gali EJC, a chciałem zobaczyć jakieś mniej znane twarze. Największą niespodzianką okazał się występ Michaela Davisa – zakręciła mi się łezka w oku, bo to jeden z najbardziej znanych żonglerów komediowych z USA, teraz już trochę podstarzały, ale nadal bawiący do łez.

Jechałem na festiwal z zamiarem odpoczęcia od pracy i to mi się udało. Przy okazji obejrzałem kilka bardzo dobrych występów, zawiodłem się na open stage’ach i gali, ale to może kwestia tego, że widziałem już w życiu trochę występów i ciężej mnie zaciekawić. Wszystkim polecam przyszłoroczne EJC w Irlandii.

Divus