23 Lip, 2015 przez

Co myślę o Slocie 2015.


Minął tydzień, a ja nadal tęsknię. Zacząłem już w chwili wyjazdu z Lubiąża. Tęsknię za festiwalem, który w tym roku był nader udany. Jeśli nie najlepszy, to na pewno postawiłbym go w pierwszej trójce moich Slotów. Pozostałe dwa, na których byłem, też do nudnych nie należały ;). Ci, co nie byli, niech pogrożą się w żalu. Jest to jak najbardziej adekwatne w tej sytuacji.

Właściwie to tęskni się raczej za zawartością slota. Taką, która przez ten tydzień wylegiwała się ze mną pod platanem, trenowała i robiła inne głupoty wolna od trosk i uprzedzeń. Wszyscy nowi i starzy znajomi, mam nadzieję, że zobaczymy się tu za rok.

Ale! zanim popłynę ze wspomnieniami powiem czym właściwie jest Slot. Generalnie to nie jest stricte festiwal kuglarski, czego można by się spodziewać po naszym portalu. Dokładnie SLOT Art Festival to nic więcej jak największe sacrum profanum. Przynajmniej największe w Europie, bo takie zdaje się jest opactwo cystersów w Lubiążu – siedziba całej imprezy. Rzeczone miejsce to istotnie – ogromny, popadający w ruinę klasztor, który siedzi sobie w zadumie na pagórku jak jakieś ponure zamczysko. Podczas festiwalu obiekt prawie w całości oddany na pastwę ambitnej młodzieży i dorosłych dzieci, którzy całymi dniami kształcą się na różnego rodzaju warsztatach, wieczorami podrygują na koncertach a noce spędzają tak, jak to młodzi zwykli spędzać noce. Impreza jest pstrokata od rozmaitych rozrywek rekreacyjnych i artystycznych, które wychodzą często ze spontanicznych inicjatyw młodego ducha, a pierwszy happening powstaje tak właściwie już w momencie, gdy kolorowe namioty ożywiają mroczne mury opactwa. Potem znikąd pojawiają się tam piękne dziewczyny w takich ilościach, że aż się dostaje zakwasów w szyi.

Warsztatów jest slotylion. Można wybierać między kowalstwem a fotografią jedzenia, „chórem nieśpiewającym” a jazdą na motocyklu. Między tym wszystkim cała masa szkoleń kuglarskich, ruchowych i scenicznych. Właśnie dlatego przyjeżdżam na tę imprezę – żeby uczyć żonglerki. To nie jest taka godzinka zabawy jak typowe zajęcia, a rozbudowany, czterodniowy kurs. Okazało się, że w takich warunkach nasi podopieczni mogli wykształcić się na pełnowymiarowych kuglarzy. Jeszcze jedne zajęcia i byliby gotowi wystąpić na scenie z programem godnym profesjonalistów. Jestem tego pawian 🙂
Pracowałem z moją ulubioną żonglerlaską Moniką, która wpadła na pomysł, żeby prowadzić warsztaty w parach, czyli innymi słowy zacząć uczenie żonglerki od passingu. Eksperyment się powiódł. Mam wrażenie, że może nie żonglowaliśmy od tego lepiej, ale na pewno dużo weselej.

O tym muszę napisać – jedną rzeczą, której moi znajomi się obawiają to, że klasztorne korytarze zamieszkują ludzie zjawy, którzy straszą propagandą chrześcijańską. Uzbrojeni w ulubione marketingowe narzędzia katolików – słodycze, oraz pozory szczęścia i przystępnej osobowości. Sęk w tym, że to tylko niuans w całym wypoczynku. Festiwal ma zabarwienie religijne, ale nie jest to jego temat przewodni. Mnie religijna strona festiwalu nawet się podoba w taki szczególny sposób, że jest w gruncie rzeczy mało natarczywa. To wszystko jest blisko, mniej oficjalne. Dyskusje o aniołkach i diabełkach nie są tutaj potrzebne, trudno kogoś obrazić. Gdy siedzisz w ogołoconej katedrze możesz sobie na przykład dla własnej satysfakcji zaklnąć i słuchać echa. Masz wrażenie, że Bóg się zaraz do ciebie przysiądzie, poda rękę i powie: „Siarczste „R” milordzie. Dla przyjaciół Boguś”. Można być ateistą i ten klimat chłonąć z lubością ze względu na dość refleksyjny nastrój sprzyjający swobodnym rozważaniom.
Mimo wszystko, trzeba przyznać, że jeśli chcesz wziąć udział w którymś z punktów programu związanych z religią, najprawdopodobniej rozczaruje cię, że duch ekumenizmu na slocie jest zastąpiony w pewnej mierze przez cwaniactwo. Ja wolę się trzymać od takich spotkań z daleka, chociaż słyszałem, ze można się tam też dobrze bawić. Najlepiej spędzić jednak ten czas na przykład w kolejce pod prysznic, nota bene przy pomocy której organizatorzy mogliby reklamować festiwal (nie wiem, zgłosić do Guinessa, albo rozdać pompony i wpisać do grafiku jako wielka parada prysznicowa). Alternatywnie można posiedzieć w katedrze na oglądaniu instalacji Fractal Universe.

A, właśnie – katedra. Ach ta katedra! Jest taki punkt programu, co się nazywa „scena eksperymentalna”. Konkretnie chodzi o koncerty muzyczne, które grane są z (pozostałości) ołtarza w genialnej akustycznie, ogromnej komnacie sakralnej. Jednego wieczoru schowaliśmy się w niej przed nawałnicą. Tam przeżyliśmy magiczny moment.
Leżeliśmy wpatrzeni w sufit, oczekując że błyski w witrażach zsynchronizują się z rytmem muzyki. Mimo to wciąż byliśmy zaskoczeni, gdy tak się działo. Ten burzowy moment przypominał mi coś z dzieciństwa. Chyba dlatego, że mury katedry dają poczucie bezpieczeństwa. Taka burza w tym miejscu jest cicha. Twierdze wierzeń są najwyraźniej budowane z tak dużym uporem, że nawet największa nawałnica na ich dachach nie zabębni. Ledwo można wychwycić szum deszczu ponad swoim własnym szelestem, tak jakby kropelki sobie do siebie szeptały. Z drugiej strony odniosłem wrażenie, że  jeśli jakiś dźwięk się katedrze spodoba, to nie przejdzie bez echa. Sama wybiera muzykę i na moje ucho ma dobry gust. Tempo musi być wolne. Takie, żeby każdy ton wypełnił ją po sam sufit. Wtedy razem z tą olbrzymią przestrzenią rezonujemy i my.
W tym koncercie dźwiękom chyba wiolonczeli akompaniowało światło w głębokich barwach, a moje oczy wędrowały w tę i na zad po rzeźbie surowych, ołupanych ścian pilnujących spokoju medytacji przez całe wieki.

Czasem zerkałem i zastanawiałem się czy to nie jest jednak kontrabas. W końcu z Adą ustaliliśmy, że duże skrzypce.

Tuż przed nocnymi koncertami codziennym i chyba najpopularniejszym punktem festiwalu jest SLOT TV. Przewinę więc 23 godziny do przodu, kiedy to już impreza wyschła, a nasz motłoch zebrał się na przed wielkim ekranem. Widzieliśmy trochę materiałów z tego, co było na warsztatach. Nawet na chwilę wyświetliłem się i ja w scenie, w której próbowałem zakręcić długopisem na warsztatach naszych kolegów z penspinning.pl. Potem było trochę szkicowych wywiadów z gośćmi festiwalu, epizod z życia festiwalowego dresa Dawida Spyry, odcinek SLOT Cribs  i krótka animacja superbohatera Slotmana. Dowiedzieliśmy się z niej, ze wczorajsza burza była efektem podniebnych potyczek Slotmana z tajemniczym czarnych charakterem z literką D na kostiumie. Czekam na interpretację…
W tym roku ekipa telewizyjna spisała się na medal. Nie tylko dlatego, że wiedzieli kogo włączyć do materiału 😉 Wcześniej w relacjach musieliśmy znosić suchary, a czasami odpychające wypowiedzi postaci, którzy wiarą próbują zastąpić zdrowy rozsądek. Nic z tych rzeczy się nie trafiło w 2015 roku. Wywiady były ciepłe, żartobliwe, miejscami refleksyjne, a postać dresiarza wolontariusza podbiła nasze serca i okazała się świetnym sposobem na prezentację zaplecza organizacyjnego. Tak trzymać!

Gdy ekran gaśnie, tłum jakby przez lejek kieruje się na pokaz fireshow przygotowywany co wieczór przez naszą ekipę kuglarzy. W tym roku przygotowany był specjalny, tematyczny pokaz, któremu pomogły liczne zajęcia, z których najpopularniejszy był „Kuglarz na scenie jak lew na arenie” naszego kolegi Adama. Rezultatem były krótkie etiudy na temat sennych zjaw. Interpretacja dowolna, sam Adam na ten przykład postawił na sen erotyczny, w którym przebierał się do swojego występu, bo najwyraźniej na zapleczu nie zdążył. Inny moment, który zapadł w pamięć to wielkie latające ciastka potwora ciasteczkowego Kornela. Muzyka co jakiś czas przerywała pozostawiając występujących w kłopotliwej sytuacji, a chłopaki dogadywali się między sobą jawnie i w przezabawny sposób. Mogę śmiało powiedzieć, ze rzadko się tak dobrze bawię na pokazie ogniowym i gdyby nie te wszystkie wpadki pewnie wybrałbym znowu koncert eksperymentalny. Taki właśnie luźny sposób na pokazy sprzyjał zabawie bardziej niż najlepiej zorganizowana gala.

W międzyczasie chodziłem do Zapieksowni posilić się wyśmienitą „niemką” i ganiałem z aparatem za pięknymi dziewczynami i żonglowałem ile się dało korzystając z obecności zapalonych kuglarzy i kuglarek. Pamiętam też jak przed koncertem Lao Che tłum nie podchwycił mojego skandowania: „Będzie Lao!”. Ale mi to nie przeszkadzao za sprawą wyjątkowego towarzystwa Adama Zuzki i Misi.

I tak mniej więcej mijał mi SLOT. Dumny ze swoich uczniów, odprężony i pełen nadziei na fajną relację z festiwalu wróciłem do pracy, zgubiłem dysk ze zdjęciami i zapomniałem o czym miałem pisać. Tym bardziej mam nadzieję się zobaczyć z zawartością festiwalu za rok. Ktoś musi mi to wszystko przypomnieć.