2 Gru, 2019 przez

And the Winner is…


Stworzyć pokaz szyty na miarę, rozwijać go i zgarnąć w finale główną nagrodę – to wielkie wyróżnienie. Czy ktoś odważy ziać choćby delikatnym jadem? W 12. edycji Mam Talent było wyjątkowo trudno: chyba po raz pierwszy w historii programu o laur zwycięstwa w finałowej trójce mierzyli się sami akrobaci!

Marysia i Julian nie byli czarnym koniem 12.edycji programu. Ale myślę, że na pokaz godny głównej nagrody należy spojrzeć trochę szerzej i nie zapominać, że Mam Talent jest sztandarowym telewizyjnym eventem; to program, który – oprócz rozrywki z elementem rywalizacji w tle – ma za zadanie sprzedać widzom emocje, podlane sosem opiniotwórczego jury. 

Pokaz zwycięskiego duetu mogę przewijać w nieskończoność i oglądać od początku bez utraty choćby cienia odczucia, które towarzyszy pierwszemu wrażeniu. Acroyoga, gry ikaryjskie, akrobatyka, taniec, ruch… Marysia i Julian czerpiąc z różnych źródeł – stworzyli swoją własną jakość, swojego artystycznego „Wuzzla”.

Telewizja lubi

Kto miał okazję zetknąć się z „okiem kamery” wie, że czasem coś, co wydaje nam się najlepsze – dla kamery nie jest ciekawe. Marysia i Julian odrobili tę lekcję na piątkę. Ich pokazy, z odcinka na odcinek były budowaniem przyjaźni z wymagającym „okiem kamery”, w którym dobrze prezentuje się wszystko, co płynne: dobrze poprowadzony ruch, obrotowy czy latający rekwizyt, „unoszący” numer kilka poziomów wyżej. Kostiumy, ich kolorystyka, prezentacja, wykorzystanie efektów specjalnych, potęgujących wrażenia . Kamera lubi, a widz „kupuje” w ciemno i…daje bilet do kolejnego odcinka.

Każdy z pokazów tej pary mógłby swobodnie być ilustracją teledysku, czołówką do filmu, kreskówką. Pewnie jest jeszcze mnóstwo nieodkrytej przestrzeni dla takiej sztuki, która – mam nadzieję – będzie się ujawniać po programie.

Prosta historia

Za sukcesem przemawia także osobista historia. Stworzyć z kimś duet nie jest tak trudno, ale stworzyć duet doskonały – to wielkie szczęście. Trzeba długo szukać odpowiednich słów, by opisać występ, który na scenie jest zjawiskiem, niczym powieści Noblistki na półce z książkami. Sięgnij po pierwszą, lepszą, otwórz, zacznij czytać i…przepadniesz bez reszty. 

W życiu, tak jak i w sztuce…najprostsze połączenia są najlepsze. A w ruchu zaklęta jest prawdziwa moc, której nie da się nazwać słowem. Każdy z partnerów duetu ukazuje te cechy, które widz chce zobaczyć w obrazku: jest siła, uwaga na partnera, jest kokieteria, delikatność, dynamika i zmysłowość tak ulotna, że aby ją złapać, trzeba podążać uważnie za każdym gestem partnerów. Do perfekcji dopracowane było stopniowanie wrażeń: sinusoida raz podnosiła się w górę, to znów opadała, by za chwilę znów poszybować w górę. 

Siła muzyki

Pokazy Marysi i Juliana nie wybrzmiałyby, a może nawet znikłyby na tle innych występów lub choćby wtopiłyby się w tło wszechobecnych wizualizacji programu, gdyby nie ich oprawa muzyczna. Widz łapie wrażenia wszystkimi zmysłami, a także – używając słów jednej z Jurorek „podgląda ich randkę”, a – jak wiemy – programy tego formatu bardzo lubią zaglądać ludziom do alkowy. Chwała Marysi i Julianowi za to, że te drzwi jedynie uchylili, zostawiając za nimi cień tajemnicy. Wybór topowych męskich głosów polskiej sceny muzycznej dopisał wszystkim pokazom opowieść niemal serialową. I w tym tkwi ich moc. 

Trzy odcinki, trzy pokazy, podobne, ale jakże różne. Muzycznie wybieram pierwszy, technicznie i choreograficznie drugi, a trzeci zawsze wtedy, gdybym była kamerą lubiącą złoty deszcz na finał. 

Piotr Zioła „Safari”: na miejscu Artysty już dzwoniłabym do Marysi i Julka z prośbą o wspólne występy. Będąc wokalistą byłabym zaszczycona, że ktoś tak pięknie zinterpretował ruchem moją piosenkę. Utwór jest, jak nieśmiałe wyznanie miłości bez nadużyć słowa „kocham”. Podglądając, także podsłuchujemy i szczerze zazdrościmy tego zwyczajnego szaleństwa: „połóżmy się na dachu rozmawiajmy całą noc, o kometach i serialach o tym, że uciekniemy stąd”. 

Paweł Domagała „Weź nie pytaj”: nie dziwię się, że ten hit posłużył jako podkład do pokazu półfinałowego. W moim odczuciu – półfinał to taki mały finał. Jest to w skali całego programu występ najważniejszy, gdyż dla większości artystów przygoda z programem na tym etapie się kończy. Super występ podrasowany hitem, to przepustka do walki o 300.000. Ten występ był, jak zestaw pysznych ciast w kawiarnianej witrynie: chcesz zjeść je wszystkie, ale wiesz, że największą przyjemność masz ze „smakowania” oczami. 

Lemon „Nice”: Co może się podobać w finałowym pokazie? Jest bardzo poprawny, bezpieczny, ładny, płynny. Bo finał, moi drodzy, to nie jest moment na „odwracanie porządku” w stylu: a teraz Was zszokujemy i pokażemy, jacy jesteśmy mroczni. Finał, to nie jest czas siania, a raczej zbierania plonów, więc można postawić na ładny obrazek i nie odkrywać kart z zupełnie innej talii swoich talentów. 

Potrafimy kochać i marzyć, dlatego jesteśmy zwycięzcami”…te słowa Igor Herbut wypowiada szeptem w piosence do finałowego pokazu. Nie ma lepszego podsumowania. Teraz czas na szczere gratulacje i złote rady, na zagospodarowanie nagrody.

Agnieszka „binia” Bińczycka

fot./video: Bas